Należymy do:

12 lat minęło (niby "tekst rocznicowy")

Przemek "Multilicus" Szczepłocki

 

 

Dwanaście lat temu, na przełomie stycznia i lutego 2006 roku, z inicjatywy Agnieszki Szpak zebrała się w Toruniu grupa osób, które chciały przeciwdziałać homofobii i "coś zrobić" dla osób LGBTQ (wtedy większość z nas nie tylko nie używała, a pewnie nawet nie znała tego ani podobnych skrótów). Tak powstało KPH Toruń – nieformalny oddział Kampanii Przeciw Homofobii, tak zaczęła się toruńska działalność, która od 2009 roku jest prowadzona pod szyldem SPR. Kolejna rocznica rozpoczęcia działalności w Toruniu to okazja do refleksji.

Na początku 2006 roku sprawy nie wyglądały różowo. Za oknem – zima, w sejmie i rządzie – PiS, w społeczeństwie – homofobia. Mimo tego było w nas przekonanie, że można zmienić świat na lepsze, a przynajmniej należy spróbować. Dziś – powie ktoś – w pogodzie, polityce i społeczeństwie nadal nie jest różowo. A po latach mamy prawo czuć zmęczenie, wypalenie, rezygnację, pytać o to, czy było warto i czy nadal warto działać.

 

Od dawna – przede wszystkim w branży i organizacjach LGBTQ – toczy się dyskusja, czy polskie społeczeństwo się zmienia, czy oswoiło się z osobami nieheteronormatywnymi, z myślą, że homofobia jest tak samo zła i nikczemna jak antysemityzm i ksenofobia, oraz jaka jest akceptacja dla np. związków partnerskich i małżeństw osób tej samej płci. Poczesne miejsce w tej dyskusji zajmuje rola osób i organizacji pracujących na rzecz LGBTQ. Czy – zakładając, że doszło do nawet nieznacznej poprawy ww. sytuacji – było to spowodowane także przez ww. działania? Czy cokolwiek udało nam się zmienić? A może (są przecież takie głosy) nasza działalność nie przyniosła pożytku, a do tego wyrządziła szkodę – bo skłoniła homofoby do reakcji, do zorganizowania się, zirytowała władze i wykreowała fałszywy obraz branży jako społeczności marginalnej, a zarazem roszczeniowej?

 

Z perspektywy Torunia – a tę znam najlepiej – odpowiedź nie jest łatwa. Nie ma licznika homofobii, który beznamiętnie pokazałby zmianę. Nie ma jak zrobić bilansu, czy setki godzin pracy, zaangażowanie dziesiątek osób, które przewinęły się przez nasze szeregi od 2006 roku i wszystkie pieniądze wydane z grantów i prywatnych kieszeni – czy to nie poszło na marne. To smutne, ale owoce złej pracy, którą wykonują homofoby, siania nienawiści, oszczerstw i kłamstw na temat osób LGBTQ – są widoczne od razu i wyraźnie; z owocami naszej dobrej pracy jest inaczej. A w grę wchodzą też inne koszty, w tym czysto osobiste. Prowadzenie, zwłaszcza przez lata, niepopularnej, niedocenianej działalności pozostawia ślady. Do tego działanie w grupie, konieczność współpracy – poza oczywistymi korzyściami – ma też cenę, którą trzeba płacić za utrzymanie jedności i zapewnienie funkcjonowania grupy; spory merytoryczne i ambicjonalne mogą rozsadzić każdą zbiorowość czy organizację, nawet działającą w najszlachetniejszym celu.

 

Skoro koszty są wysokie, a zarazem trudno o odpowiedź na powyższe pytanie o efekt podejmowanych działań, to czy jest sens działać, angażować się, brać udział? To pytanie jest równie aktualne teraz jak 12 lat temu. Mimo wszystkich doświadczeń, także tych złych, mimo rozczarowań, niepowodzeń i zmarnowanych szans, odpowiedź nie zmieniła się i brzmi: tak, warto. Jednych przekona o tym długa lista zrealizowanych działań, mniej i bardziej spektakularnych, innych – atmosfera i satysfakcja, którą czerpali z działalności. Innym wystarczy to, co było naszym jedynym kapitałem początkowym: przekonanie, że możemy uczynić świat lepszym dla osób LGBTQ, także nasz lokalny świat kręcący się wokół Torunia. Przyczyn, dla których działamy, jest wiele, ale póki nie kłócą się one z nadrzędnym celem, jakim jest eliminacja homofobii, póki dają siłę i wolę działania – zasługują na uznanie. Korzystajmy z tego; działajmy dalej na rzecz branży.