Włącz się!

Nie siedź na kanapie, nie czekaj aż inni ludzie zrobią coś za Ciebie.
To zaangażowanie Twoje i dziesiątek ludzi takich jak Ty, może coś zmienić na lepsze. Jeśli masz już dość homofobii. Jeśli chcesz poznać ludzi podobnie myślących. Jeśli po prostu nudzisz się w domu. Dołącz do nas! Napisz do Justyny

Należymy do:

Koalicja apeluje do RPO: ustawa do Trybunału!

Prof. Irena Lipowicz
Prof. Irena Lipowicz

Koalicja na rzecz Równych Szans zaapelowała wczoraj do prof. Ireny Lipowicz, Rzeczniczki Praw Obywatelskich, o skierowanie tzw. ustawy antydyskryminacyjnej (ustawy równościowej) do Trybunału Konstytucyjnego.

SPR należy do Koalicji i popiera powyższy apel.

Apel.pdf
Adobe Acrobat Document 455.1 KB
Ustawa.pdf
Adobe Acrobat Document 156.2 KB

Żeby zrozumieć, czemu koalicja zrzeszająca - pod wodzą PTPA - ok. 60 organizacji pozarządowych występuje z takim apelem, trzeba pochylić się nad przedmiotową ustawą. Warto przy tym pamiętać, że koalicja powstała, gdy trwały prace nad projektem ustawy - prowadzone najpierw przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, a potem przez pierwszy rząd Donalda Tuska; celem koalicji było doprowadzenie do przyjęcia w Polsce przepisów antydyskryminacyjnych.


Pełna nazwa ww. aktu normatywnego jest znamienna: ustawa o wdrożeniu niektórych przepisów Unii Europejskiej w zakresie równego traktowania. Doskonale oddaje ona kształt i brzmienie ustawy, wyglądającej jak przeniesienie - metodą "kopiuj-wklej" - części unijnych przepisów antydyskryminacyjnych do polskiego prawa. Brak w niej wkładu własnego, polskiego - rząd ani sejm nie dodały niczego "od siebie", nie zaproponowały ani nie wprowadziły ochrony szerszej ani lepszej, niż wynika z unijnego minimum (choć mogły to zrobić i choć apelowano o to podczas wieloletnich prac nad projektem ustawy).


Elżbieta Radziszewska, która odpowiada za aktualne brzmienie ustawy, określiła ją w 2010 roku mianem "ogryzka". Trafiła w sedno, choć chodziło jej o co innego, niż osobom krytykującym ustawę: wg posłanki PO przepisy nie miały zapewniać całościowej ochrony przed dyskryminacją, a jedynie uzupełnić istniejącą ochronę w tych obszarach, które wskazywała Unia. Problem w tym, że przed przyjęciem ustawy - mimo konstytucyjnego zakazu dyskryminacji - de facto nie było przed nią ochrony. Nie było zatem czego uzupełniać "ogryzkiem"; ochrona przed dyskryminacją istniała tylko w prawie pracy (co też wymusiła na Polsce Unia).


"Ogryzek" jest określeniem trafnym, bo ustawa antydyskryminacyjna jest pełna dziur - zapewnia różny zakres ochrony ze względu na różne przesłanki, a ze względu na bardzo wiele przesłanek nie zapewnia jej wcale.


Ustawa chroni przed dyskryminacją, ale tylko przed taką, do której doszło ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, narodowość, religię, wyznanie, światopogląd, niepełnosprawność, wiek i orientację seksualną osoby poszkodowanej. Katalog przesłanek ochrony jest zamknięty - jeśli jakiejś przesłanki, np. tożsamości płciowej, ekspresji płciowej, stanu zdrowia, sytuacji ekonomicznej, statusu społecznego czy obywatelstwa, w nim nie ma, to nie ma też ochrony przed dyskryminacją na tym tle.


Co więcej: ustawa chroni przed dyskryminacją tylko w niektórych obszarach - w dostępie do zabezpieczenia społecznego, korzystaniu z szeroko pojętych usług (ale tylko oferowanych publicznie), opiece zdrowotnej, oświacie i edukacji, zatrudnieniu i kształceniu zawodowym. Ochrony przed dyskryminacją nie ma w innych sferach życia społecznego ani gospodarczego - w tych, których ustawa nie wymienia ani w tych, które znalazły się na dość długiej ustawowej liście wyjątków od jej stosowania (ustawy nie stosuje się do: 1) sfery życia prywatnego i rodzinnego oraz czynności prawnych pozostających w związku z tymi sferami, 2) treści zawartych w środkach masowego przekazu oraz ogłoszeniach w za-kresie dostępu i dostarczania towarów i usług, w zakresie dotyczącym odmiennego traktowania ze względu na płeć etc. etc.).


W zależności od tego, pod którą przesłankę ochrony "łapie się" osoba poszkodowana dyskryminacją, ochrona w danym obszarze przysługuje jej albo nie. Najszersza jest ochrona przed dyskryminacją na tle rasy, narodowości lub pochodzenia etnicznego - ustawa zapewnia ją we wszystkich obszarach, które obejmują jej przepisy. Najwęższa jest ochrona przed dyskryminacją na tle orientacji seksualnej - ogranicza się do sfery zatrudnienia (w tym kształcenia zawodowego). Oznacza to, że dyskryminacja ze względu na orientację seksualną np. w dostępie do usług czy ochronie zdrowotnej nie podlega ustawie. Przepisy przed taką dyskryminacją nie chronią. W praktyce oznacza to, że ustawa chroni przed np. odmową obsłużenia klienta czy klientki przez restaurację, hotel, bar, sklep, kiosk, piekarnię, przychodnię, szpital itd. podyktowaną rasizmem, antysemityzmem czy ksenofobią personelu, ale nie chroni przed odmową podyktowaną bifobią, homofobią czy transfobią. Inny przykład: niemieckiemu małżeństwu, które sprowadziło się do Polski, odmówiono najęcia mieszkania - właścicielka nie znosi Niemców. Ustawa zakazuje takiej dyskryminacji i daje poszkodowanym możliwość pozwania za nią do sądu, domagania się odszkodowania. Gdyby zastąpić niemieckie małżeństwo parą kobiet, odmowa najęcia im mieszkania - podyktowana bifobią czy homofobią - nie byłaby dyskryminacją, której zakazuje ustawa.


Już w 2010 roku, kiedy w pośpiechu uchwalano ustawę (Komisja Europejska zapowiadała srogie kary za brak wdrożenia przez Polskę przepisów antydyskryminacyjnych), znanych była większość jej wad i ograniczeń. Już wtedy pojawiały się głosy, że jest niezgodna z konstytucją, że ochrona, którą zapewnia, jest jak dziurawy parasol, że konieczna będzie jej szybka nowelizacja. Krytykowano projekt przyjęty przez rząd PO-PSL (i uchwalony przez sejm) jako gorszy od wypracowanego przez rząd PiS. Rzeczniczka Praw Obywatelskich, której ustawa nadała szereg nowych obowiązków, głośno skarżyła się na brak środków na ich realizację (nie przewidywał ich budżet państwa na 2011 rok). Ponadto rząd całkowicie zaniedbał kwestię powiadomienia społeczeństwa o nowej ustawie i sposobach korzystania z jej przepisów; w efekcie liczba postępowań sądowych w sprawach "o dyskryminację" jest żenująco niska.


Mimo powyższego zmian w ustawie nie wprowadzono do dziś. W listopadzie 2012 roku opozycja złożyła projekt nowelizacji, m.in. rozszerzający ochronę przed dyskryminacją. Od października 2013 roku leży on w podkomisji nadzwyczajnej, a widoków na choćby jego II czytanie nie ma. Projekt pozytywnie oceniała dr Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, która w 2011 roku zastąpiła E. Radziszewską jako Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Traktowania. Nie przełożyło się to na poprawienie ustawy. Obecna Pełnomocniczka, prof. Małgorzata Fuszara, stwierdziła we wczorajszym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej", że projekt nowelizacji leżący w sejmie jest niewystarczający, bo ustawa wymaga głębszych zmian.


Koalicja na rzecz Równych Szans podjęła wiele działań, aby zmienić ustawę i zapewnić pełną ochronę przed dyskryminacją. Działania te nie przyniosły efektu. Od ponad czterech lat obowiązuje ustawa, którą sama jej autorka nazwała "ogryzkiem". Ochrona przed dyskryminacją pojawiła się jedynie na papierze. Wobec braku szans na zmianę ustawy w najbliższym czasie, Koalicja postanowiła zaapelować do RPO o złożenie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli orzeknie on, że przepisy antydyskryminacyjne są niezgodne z konstytucją, sejm - niezależnie od jego składu - będzie musiał zmienić ustawę.