Należymy do:

O Paradach Równości i walce o prawa osób LGBTQ SPR pisze do Renaty Przemyk

R. Przemyk podczas 17. OFPA w Rybniku (fot. www.radio90.pl)
R. Przemyk podczas 17. OFPA w Rybniku (fot. www.radio90.pl)

Renata Przemyk udzieliła niedawno obszernego wywiadu portalowi iWoman. Spotkał się on z dużym zainteresowaniem i licznymi komentarzami. Znakomitą piosenkarkę chwalono za wiele rzeczy, które powiedziała portalowi, ale też krytykowano za część wypowiedzi.

SPR wysłało dziś list do artystki - dzieląc się swoimi wrażeniami co do przedmiotowego wywiadu. Publikujemy jego treść.

Przemyk - ws. wywiadu dla iWoman (12.12.
Adobe Acrobat Document 2.0 MB

Toruń, 12 grudnia 2013 roku

 

Szanowna Pani Renata Przemyk

za pośrednictwem:

IMPRES-ART Karina Zawada

ul. J. B. Rudego 21B/703

45-265 Opole

e-mail: impres-art@wp.pl

Szanowna Pani,

 

Stowarzyszenie Na Rzecz Lesbijek, Gejów, Osób Biseksualnych, Osób Transpłciowych Oraz Osób Queer "Pracownia Różnorodności" zapoznało się z wywiadem pt. "Renata Przemyk jest za równością, ale wymachiwanie tęczową flagą ją drażni. Katoliczka, patriotka i feministka po raz pierwszy głośno komentuje polską rzeczywistość", którego udzieliła Pani serwisowi internetowemu iWoman.pl, i który został opublikowany przez ten serwis 26 listopada br.

 

Stowarzyszenie bardzo ucieszyły Pani słowa o tym, że jest Pani daleka od oceniania osób przez pryzmat ich orientacji seksualnej, że jest ona cechą niezależną od ludzkiej woli, i że nie można potępiać ludzi za to, jakiej są orientacji seksualnej. Na uznanie zasługuje też Pani poparcie dla równych praw "w pracy, w szkole, w życiu codziennym" i dla konieczności edukowania społeczeństwa oraz stwierdzenie, że gej może być nauczycielem, bo znaczenie mają kwalifikacje, a nie orientacja seksualna. Wskazane wyżej fragmenty wywiadu – choć stwierdzono w nich rzeczy oczywiste – Stowarzyszenie uznało za jeden z nielicznych głosów rozsądku wypowiadających się ostatnio nt. nieheteroseksualności. Jednocześnie Stowarzyszenie nie może przyjąć Pani stanowiska z poniższych części wywiadu – dla wskazanych przyczyn. Stowarzyszenie liczy, że zapozna się Pani z jego argumentami w tym zakresie i rozważy, czy zasługują na uwzględnienie.

1.

To, co mi się nie podoba, to ostentacja i agresja. Jeśli ktoś epatuje wulgarnym strojem i zachowaniem, to niezależnie od swojej orientacji, budzi we mnie niesmak. Jak ktoś pokazuje na Paradzie Równości gołą dupę, to przecież nie o równość tu chodzi, a o sensację. Mam wielu przyjaciół z tego środowiska, którzy chcą żyć normalnie i bez rozgłosu. A przez takich pieniaczy muszą potem przekonywać zwykłych ludzi, że homoseksualizm nie jest agresywny, toksyczny ani zaraźliwy. Dlatego nie uważam, żeby słuszne było wywijanie komuś tęczową flagą przed nosem, żeby później walnąć go jeszcze tą flagą po głowie. (…)

Podejrzewam jednak, że Pani przyjaciele chcieliby mieć możliwość wzięcia ślubu albo chociaż wspólnego rozliczania się z partnerem. Gejowscy aktywiści wychodzą na ulice, by o to zawalczyć.

I myśli pani, że przekonają społeczeństwo do swoich praw wychodząc na golasa i trzęsąc tym i owym? To jest wylewanie dziecka z kąpielą. Ludzie przekonają się do homoseksualistów, kiedy poznają miłych, uśmiechniętych i uczynnych ludzi żyjących obok nich. Nie wszyscy może i nie od razu, ale więcej i szybciej niż agresją.

Zarzut ostentacji ("obnoszenia się ze swoją orientacją seksualną") jest jednym z tych, z którymi osoby nieheteroseksualne muszą mierzyć się najczęściej. Jak się wydaje, część (być może większość) społeczeństwa nie chce, żeby jej "przypominano", że osoby nieheteroseksualne istnieją – więc proponuje "kompromis": osoby nieheteroseksualne będą udawać, że ich nie ma lub że są heteroseksualne, w zamian za co heteroseksualna część społeczeństwa pozostawi je w spokoju. Reakcją na naruszenie tego "kompromisu" jest m.in. zarzut ostentacyjnego okazywania, że jest się osobą nieheteroseksualną. Dotyczy on każdego zachowania, które wskazuje, że dana osoba nie jest heteroseksualna: od trzymania za rękę osoby tej samej płci w miejscu publicznym (w domyśle: ostentacyjne okazywanie związku z tą osobą), przez udział w Paradach Równości i podobnych imprezach, po przebieranie się – na potrzeby np. Parady Równości.

Problem polega na tym, że osoby nieheteroseksualne mają takie samo prawo, żeby zachowywać się zgodnie ze swoją orientacją seksualną, jak osoby heteroseksualne. Kiedy dwie osoby różnej płci (co w większości przypadków oznacza parę osób heteroseksualnych) idą ulicą trzymając się za ręce lub całują się na ławce w parku – nikt nie twierdzi, że zachowują się ostentacyjnie. Wynika to oczywiście ze świadomości, że heteroseksualność występuje w społeczeństwie wielokrotnie częściej niż homoseksualność i biseksualność razem wzięte – a stąd już tylko jeden krok do przyjęcia, że to heteroseksualność jest "normą"; normalne zachowanie (zachowanie zgodne z normą) nikogo nie dziwi, więc zarzut "ostentacji" się nie pojawia. To, co w przypadku osób heteroseksualnych jest normalne i oczywiste, uznawane jest za ostentację czy wręcz prowokację w wydaniu osób nieheteroseksualnych: kiedy jednopłciowa para idzie ulicą trzymając się za ręce, budzi niechęć, a niekiedy agresję; kiedy jedna z osób w jednopłciowym związku ustawia zdjęcie drugiej osoby na biurku w pracy, słyszy, żeby "się tak nie obnosiła" z tym, z kim jest w związku etc. etc.

Problem polega też na tym, że – nie mając swobody ekspresji na co dzień – osoby nieheteroseksualne korzystają z tych nielicznych okazji, które im pozostają, aby móc być sobą. Jedną z takich okazji są Parada Równości i podobne do niej imprezy. Ponieważ jednak odbywają się one tylko jeden raz w roku, spełniają kilka funkcji jednocześnie. Po pierwsze: mają pokazać heteroseksualnej części społeczeństwa, że osoby LGBTQ (w tym nieheteroseksualne) w ogóle istnieją – stąd tęczowe flagi i inne symbole ruchu na rzecz osób LGBTQ. Po drugie: pozwalają prezentować postulaty i krzywdy doznane przez osoby LGBTQ – stąd bannery, transparenty, "patykowce" i inne nośniki z hasłami i sloganami. Po trzecie: mają pokazać, że osoby LGBTQ, choć stanowią mniejszość społeczną, nie są osamotnione w swojej walce o równouprawnienie – stąd obecność osób heteroseksualnych, w tym całych rodzin z dziećmi. Po czwarte: są wydarzeniami politycznymi – stąd obecność flag i emblematów partii i innych organizacji politycznych, a także osób do nich należących. Po piąte: są wydarzeniami radosnymi – stąd muzyka, platformy, balony i inne karnawałowe elementy, np. udział pojedynczych drag queens. Po szóste: są wydarzeniami komercyjnymi – stąd wśród tłumu przejeżdżają platformy nie tylko organizacji społecznych i politycznych, ale także klubów, lokali i rozgłośni radiowych; często z tego samego powodu uczestniczą w nich osoby z showbiznesu.

W Paradzie Równości bierze zwykle udział kilka tysięcy osób (na Zachodzie – kilkadziesiąt do kilkuset razy więcej). Wśród nich trudno jest wypatrzeć ludzi "pokazujących gołe dupy" czy ludzi "wychodzących na golasa i trzęsących tym i owym". Niewykluczone, że kilka takich osób – w kilkutysięcznym tłumie – się pojawia. Czy to jednak oznacza, że całą Paradę Równości i jej cele należy przekreślić i uznać za szukanie "sensacji" i "rozgłosu"? Nawet jeśli takie osoby pojawiają się w wielobarwnym tłumie, to skąd pomysł, żeby uważać je za "pieniaczy"?

Nie można się też zgodzić na podział osób "z tego środowiska" na "pieniaczy" i na ludzi "którzy chcą żyć normalnie i bez rozgłosu". Jest to podział fałszywy, który niczym nie różni się od – stosowanego skrajną prawicę m.in. przez Janusza Korwina-Mikke – podziału na "homosiów" i gejów, czy na "dobrych" "zwykłych homoseksualistów" i "złych" "aktywistów gejowskich". Próby tworzenia podziałów osób LGBTQ na takie dwie grupy są w istocie kolejną reakcją na złamanie wyżej opisanego "kompromisu": "dobrzy" są ci, którzy siedzą cicho, nie ujawniają się, nie "obnoszą się" ze swoją homoseksualnością, "chcą żyć normalnie i bez rozgłosu"; "źli: są ci, którzy pokazują się publicznie, domagają się równouprawnienia, chodzą na Parady Równości, należą do organizacji LGBTQ. Taki podział to w istocie oczekiwanie od osób LGBTQ konformizmu i akceptacji status quo (gdzie bycie osobą LGBTQ oznacza dyskryminację i upośledzenie prawne) – z jednoczesnym potępieniem nonkonformizmu i walki ze status quo. Niechcący – swoją wypowiedzią – dołączyła Pani do ludzi o takim dychotomicznym spojrzeniu na osoby LGBTQ. Tymczasem wszystkie osoby LGBTQ "chcą żyć normalnie i bez rozgłosu"; nie ma w tym zakresie sporu ani podziału między nimi.

W idealnym kraju ruch na rzecz osób LGBTQ, Parady Równości ani żadne inne działania na rzecz emancypacji i równouprawnienia tych osób nie byłyby potrzebne – bo nie byłoby dyskryminacji tej grupy społecznej. Nie mieszkamy jednak w idealnym kraju. Bez działań na rzecz równouprawnienia i emancypacji osób LGBTQ nie doszłoby do nich w żadnym kraju. Warto pamiętać, że efekty tych działań widać także w naszym kraju. Polska została zmuszona do wprowadzenia zakazu dyskryminacji w zatrudnieniu (początkowo w zakresie prawa pracy, potem także w odniesieniu do innych form zatrudnienia) m.in. ze względu na orientację seksualną tylko dlatego, że należy do Unii Europejskiej, gdzie walka o prawa osób LGBTQ trwa od dawna. Tę walkę częściowo wygrano, a dyskryminacja w zatrudnieniu ze względu na orientację seksualną została uznana za niedopuszczalną. Dziś także polskie prawo zakazuje takiej dyskryminacji – nie stało się tak jednak dlatego, że polski rząd czy polski sejm postanowiły ująć się za osobami LGBTQ i pomóc im. Stało się tak dlatego, że przez długie lata w krajach Europy Zachodniej byli ludzie i były organizacje walczące o prawa osób LGBTQ – także, choć nie wyłącznie, za pomocą parad i "wywijania tęczową flagą", dzięki stałemu przypominaniu, że dyskryminacja ma miejsce i że należy położyć jej koniec, że problem istnieje, a ludzie czekają na jego rozwiązanie. Dzisiejsza walka o prawa osób LGBTQ w Polsce – prowadzona także za pomocą Parad Równości – jest tylko ciągiem dalszym walki, która toczyła się w Europie Zachodniej.

Stowarzyszenie uważa też za konieczne podkreślić, że Parady Równości i wszystkie inne zgromadzenia publiczne z udziałem i na rzecz osób LGBTQ mają i zawsze miały przebieg całkowicie pokojowy. To one spotykały się i nadal spotykają się z agresją, to one wymagały i nadal wymagają ochrony przez Policję; nigdy nie zdarzyło się natomiast, żeby to one były źródłem agresji. W Paradę Równości rzucano już kamieniami, petardami, świecami dymnymi, jajkami i butelkami wypełnionymi wodą, a idące w niej osoby były wyzywane od m.in. "zboczeńców", "dewiantów", "pedałów" i "ciot", krzyczano też do nich, żeby "wypierdalały z Polski". Ze strony Parady Równości nic porównywalnego ani podobnego nie miało nigdy miejsca; najmniejszych przejawów agresji nie okazywały też osoby biorące udział w innych zgromadzeniach publicznych organizowanych na rzecz osób LGBTQ. Nie jest też tak, że nienawiść i agresja są wyzwalane właśnie przez Paradę Równości czy rzekome "pokazywanie gołej dupy" podczas tej imprezy. Próba takiego "racjonalizowania" agresji i niechęci wobec osób LGBTQ jest równie błędna, co próba obarczenia ofiary przestępstwa współodpowiedzialnością za jego popełnienie: bo się przyczyniła, bo sprowokowała, bo zrobiła coś, czego nie powinna. Źródłem agresji i nienawiści wobec osób LGBTQ jest homofobia, czyli wrogość wobec wszystkich osób LGBTQ, także tych, które nie uczestniczą w Paradzie Równości, które nie "wychylają się", nie należą do organizacji LGBTQ i nie uczestniczą w żaden sposób w walce o emancypację i równouprawnienie osób LGBTQ. Homofobia jest uniwersalna i dotyczy wszystkich osób LGBTQ, nie omija tych z nich, które "chcą żyć normalnie i bez rozgłosu". Hasło "pedały do gazu" czy znak "zakaz pedałowania" są skierowane do wszystkich gejów, nie tylko do tych, którzy postanowili upomnieć się o swoje prawa lub nie boją się trzymać za ręce idąc ulicą. Homofobia to przekonanie, że – używając Pani słów – homoseksualność jest agresywna, toksyczna i zaraźliwa; to przekonanie jest o dziesięciolecia starsze, niż Parady Równości oraz polski ruch na rzecz osób LGBTQ. One są reakcją na homofobię; odwracanie tej sytuacji i tłumaczenie, że homofobia jest reakcją na walkę o prawa osób LGBTQ czy Parady Równości, jest niedorzeczne.

2.

Płonąca tęcza na placu Zbawiciela jest raczej dowodem na to, że nie każdy może czuć się w Polsce dobrze.

To chore, z jakim strasznym przewrażliwieniem traktujemy ten temat. To po prostu ładna rzecz, która dodaje koloru szarej stolicy i zniszczenie jej było zwykłym wandalizmem. Podejrzewam, że ludzie, którzy to zrobili, chcieli się po prostu zabawić. Niektórym głupie zabawy przynoszą więcej radości niż inne.

Przecież tęcza to także symbol biblijny, jest znakiem nadziei na lepsze. Podoba mi się pomysł przemalowania jej na biało-czerwono. Bądźmy dumni z barw narodowych. My Polacy często jednak jesteśmy tylko dwukolorowi, najczęściej czarno-biali i wszędzie dopatrujemy się spiskowej teorii dziejów.

Tolerancja nie oznacza jednak faworyzowania i powinna działać w obie strony. Zwłaszcza świętując dzień odzyskania niepodległości powinniśmy pokusić się o refleksję na temat tego, jak ta wolność jest cenna dla każdego z nas. I że wolność jednej strony nie musi oznaczać niewoli drugiej. Zwłaszcza wolność myślenia.

Stowarzyszenie ma świadomość, że tęcza symbolizuje wiele rzeczy, a odwołania do niej znajdują się także w "Biblii". Julita Wójcik, autorka instalacji z Placu Zbawiciela, szereg razy przypominała, że – w jej intencji – tęcza nie miała symbolizować ruchu LGBTQ, że jest m.in. znakiem ruchu spółdzielczego (pierwsza instalacja na Pl. Zbawiciela została zresztą wykonana przez Spółdzielnię Rękodzieła Artystycznego "Tęcza") i że "najlepiej jest gdy [tęcza] nie symbolizuje nic". Jednak intencje autorki ani wieloznaczna symbolika tęczy nie zmieniają faktu, że dla osób nastawionych homofobicznie dzieło J. Wójcik stało się znakiem "pedalstwa" i "sodomii", kłującym w oczy tym bardziej, że stojącym w centrum stolicy, do tego vis-a-vis kościoła. Tęcza płonęła pięć razy, przy czym tylko jeden raz – w sylwestrową noc 2012/2013 – okoliczności pozwalały uznać, że doszło do tego przypadkowo; czterokrotnie dochodziło do podpalenia. Nie sposób uznać, że w każdym przypadku podpalenia "ludzie, którzy to zrobili, chcieli się po prostu zabawić", w szczególności nie sposób przyjąć takiego wytłumaczenia odnośnie do spalenia tęczy z 11 listopada br. Tego dnia tęczę podpaliły osoby uczestniczące w tzw. "marszu niepodległości", zorganizowanym przez środowiska nacjonalistyczne, które wręcz szczycą się swoją homofobią. Nie ma cienia wątpliwości, że w przypadku tych osób podpalenie tęczy wynikało z czegoś więcej, niż "chęci zabawy". Należy przypomnieć, że oprócz spalenia tęczy tego samego dnia ludzie uczestniczący w ww. marszu (po odłączeniu się od niego) zaatakowali squaty "Przychodnia" i "Syrena" oraz spalili budkę strażniczą przed rosyjską ambasadą. We wszystkich tych sytuacjach ataki były kierowane nie przeciw przypadkowo wybranym celom czy przeciw obiektom, które znajdowały się najbliżej, były "pod ręką", ale przeciw obiektom symbolizującym to, co – dla atakujących – jest znienawidzone, złe i co należy zniszczyć, tj. homoseksualność (tęcza), anarchizm i lewicowość (squaty), Rosja (budka przed ambasadą).

 

Z poważaniem

 

/-/ Przemysław Szczepłocki

/-/ Monika Dąbrowska

/-/ Aldona Lewandowska